wtorek, 27 października 2009

Rozwód a wychowanie dzieci

Rozwód jest przejawem samolubnego myślenia dorosłych, którzy w pogoni za własnym szczęściem, zapominają o szczęściu najmłodszych. Cóż, aspekt związany z wpływem rozwodu na wychowanie dzieci, nie wywołuje ogólnonarodowej debaty. W kontekście rozpadu małżeństw schodzi na drugi plan. Na czoło zaś wychodzi “prawo dorosłych” do poszukiwania nowego partnera (-rki). Praktyka pedagogiczna pokazuje jednak, że jedną z najważniejszych przyczyn pojawienia się problemów wychowawczych, jest właśnie brak któregoś z rodziców w okresie dorastania dzieci.

Bezspornym faktem jest, że dziecko najlepiej dorasta, mając obok siebie ojca i matkę. Nieobecność rodzica zwiększa ryzyko pojawienia się różnych patologii w zachowaniu. Dziecko wychowywane w klasycznej rodzinie, nawet gdy opiekunowie preferują tzw. „bezstresowe wychowanie” (przynajmniej w umiarkowanej formie), lepiej jest przygotowane do przyszłego życia, niż dorastające w rodzinie rozbitej (mowa o pewnej zarysowującej się tendencji, która oczywiście nie wyklucza wyjątków).

sobota, 24 października 2009

Edutainment a kształtowanie charakteru

Klasyczna pedagogika doceniała znaczenie odpoczynku i zabawy. Święty Tomasz przywoływał znany już w Starożytności przykład, iż napięta nieustannie cięciwa łuku doprowadzi do jego pęknięcia. Słowem – człowiek po pracy musi odpocząć i odprężyć się, na przykład przebywając w gronie przyjaciół, bawiąc się i śmiejąc. Co więcej, radość tę podniesiono do rangi sprawności moralnej, którą określano mianem eutrapelii, czyli mądrej i rozumnej zabawy, zachowującej odpowiednią dla siebie miarę.

Dzięki współczesnemu stylowi życia, opartemu na ludzkiej koegzystencji z mediami oraz na nastawieniu ukierunkowanym na poszukiwaniu wciąż nowych wrażeń i przyjemności, z natury ludzkiej wychodzi wieszczony przez holenderskiego badacza Johana Huizinga homo ludens (łać. człowiek zabawy). Z tego względu coraz większą popularność zyskuje pomysł łączenia rozrywki z edukacją (z angielska Edutainment).

czwartek, 22 października 2009

Matematyka, matura i filozofia

Matematyka stwarza klimat oderwany od życia. Świat liczb jest abstrakcyjny, wirtualny i stanowi niezbędny „podkład”, dla przedmiotów technicznych. Preferowanie w systemach szkolnych matematyki zawsze pociąga za sobą „technicyzację szkolnictwa” kosztem poznania prawdziwościowego. Mówiąc o liczbach nie przekazujemy młodzieży żadnej prawdy. Uczymy ją jedynie jak używać świata, a nie jak żyć i dlaczego?

Filozoficznie rzecz ujmując matematyzacja szkolnictwa jest wynikiem przechyłu w stronę platonizmu w kulturze. Platon bowiem twierdził, że materia została przez Demiurga utworzona po uwzględnieniu proporcji matematycznych. Sfera cyfr znajdowała się między ideami, a światem materialnym i to ona zadecydowała o powstaniu świata w takiej, a nie innej formie. Słowem - świat zmysłowy, według Platona, powstał dzięki matematyce!

W przeciwieństwie do koncepcji platońskiej u Arystotelesa ilość była jedną z kategorii bytu, a nie kategorią dominującą. To niewinne rozróżnienie daje później różne implikacje w filozofii i kulturze. Na przykład, w okresie oświecenia powrót platońskiego idealizmu prowadzi do rehabilitacji matematyki. Nowa, subiektywno-utylitarna prawda w celu uwiarygodnienia ma być teraz zmierzona i zważona, żeby ustalić stopień jej prawdziwości.

Czy matematyka uczy logicznego myślenia? Taki pogląd uznaje się za oczywistość. Jednak mamy tu do czynienia z pewnym przekłamaniem. Matematyka nauczana w oderwaniu od wiedzy - nazwijmy ją umownie – humanistycznej, staje się wyjałowiona. „Myślenie abstrakcyjne” wyprzedzające realne poznanie kultury (poprzez np. religię, literaturę, historię itp.) mija się z celem. Bez realnego poznania i określenia kryteriów rozumowania, nie ma sprawnego myślenia i poznania prawdy.

Wprowadzenie egzaminu dojrzałości z matematyki wynika zatem z dominacji pewnej opcji światopoglądowej w kulturze i tym samym polityce. Mówienie, że ma to aspekt wyłącznie pragmatyczny (korzyść dla państwa) jest albo naiwnością, albo wyrafinowanym cynizmem. Filozofia ma tu niewątpliwie swój udział.


(Na podstawie: Henri-Irénée Marrou, Historia wychowania w Starożytności, Warszawa 1969, przeł. S. Łoś; prof. Piotr Jaroszyński, Nauka w kulturze, Radom 2002)

wtorek, 20 października 2009

Zabobon edukacji seksualnej

Propaganda edukacji seksualnej opiera się na głębokim zakłamaniu. Sugeruje się, jakoby wychowanie do życia płciowego opierało się na dostarczeniu młodzieży odpowiedniej porcji informacji. W rzeczywistości jednak nie polega ono na dostarczaniu informacji, lecz na kształtowaniu silnej woli, mogącej wspomagać rozum w panowaniu nad popędami.

Moda na wychowanie seksualne nasiliła się w drugiej połowie XX wieku pod wpływem rozmiękczania tradycyjnego systemu wychowania przez modernistyczne trendy (psychologia a szczególnie psychoanaliza odegrała w tym procesie znaczącą rolę), których skutkiem były różne procesy społeczne i rewolucje obyczajowe (np. rewolucja tzw. "dzieci kwiatów"). Trendy te wprost drwią z etyki katolickiej, propagując pornografię i generalnie modę na niekontrolowane uleganie ludzkiej zmysłowości. Gdy ta propaganda przynosi owoce w postaci ogólnego upadku obyczajów, sugeruje się, że samoopanowanie jest niemożliwe.

poniedziałek, 19 października 2009

Antypedagogika a realne dobro dziecka

Antypedagogika pojawiła się na początku lat siedemdziesiątych w Niemczech i USA. Szybko okazała się być najbardziej radykalnym kierunkiem w dziejach pedagogiki. Jej przedstawiciele postulowali całkowite zerwanie z wielowiekową tradycją pedagogiczną. Postawiono tezę, że dzieci nie powinny być poddawane jakiemukolwiek oddziaływaniu edukacyjnemu.

Korzenie antypedagogiki

Pierwsze impulsy, które przyczyniły się z czasem do powstania antypedagogiki, popłynęły już z pism Jana Jakuba Rousseau. Jak wiadomo, Rousseau zakładał, że dziecko rodzi się z natury dobre, a jego psucie dokonuje się przez dorosłych, narzucających mu szkodliwe wzorce kulturowe. Właśnie to założenie o wrodzonej dobroci dziecka przejęła postpedagogika.

piątek, 16 października 2009

Ostatni dopuszczalny sposób karania dzieci

Konsekwencją szkolnej demokracji jest nowe spojrzenie na problem karania dzieci. Mentalność klasyczna dopuszcza karanie jako formę wspomagania dziecka w walce z jego słabościami. Mentalność antypedagogiczna rezygnuje z kar, gdyż są one wyrazem "patriarchalnego" podejścia do wychowania. Ten pacyfizm pedagogiczny prowadzi do szkolnej anarchii, zwłaszcza gdy jest wspierany przez ideologię praw ucznia.

Niekiedy okazuje się, że pacyfistyczne wychowanie jest trudne nawet dla jego ideologów. Oto co na ten temat pisze uczeń słynnego pedagoga Pestalozziego: „Pestalozzi jak najsurowiej zabronił pomocnikom swoim stosowania kar cielesnych, sam w klasie rozdawał hojnie na prawo i lewo policzki”. I dalej: „Nikt mi nie mówił w jaki sposób mam uczyć w klasie mojej, a tylko Pestalozzi zabronił mi surowo karać cieleśnie uczniów nieposłusznych i leniwych. Trzeba było poradzić sobie w danym przypadku. Wspomniałem już, że Pestalozzi uniesiony zapałem nauczycielskim nie przestrzegał sam tego zakazu, był zaś na tyle niekonsekwentny w stosunku do współpracowników swoich, że wobec uczniów potępiał ich, gdy ci w sposób zuchwały oskarżali swoich nauczycieli o drobne kary cielesne. Mnie, osobiście nigdy nie oskarżono, mimo że nieraz przetrzepałem dobrze tego, czy innego zabijakę”.

Fragmenty te pokazują, że nawet dla ludzi o mentalności antypedagogicznej postulaty przez nich głoszone były trudne do zrealizowania. Z kolei w pedagogice tradycyjnej, jak już wspomniano, kara była dopuszczana, ale rozsądni pedagodzy proponowali ująć ją w odpowiednie ramy, które na przykład ks. S. Konarski wyznaczał w taki sposób: „nie trzeba mianowicie chłostać chłopców za zaniedbania szkolnych obowiązków lub zadań itp., ani nawet za częściej powtarzające się wybryki, za wybuchy gniewu lub nawet lekkie uchybienie religii w kościele, za harde odpowiedzi, ani za niewłaściwe spełnianie jakiegoś obowiązku, lub inne jakieś przestępstwa, lecz wyłącznie i jedynie za upór, krnąbrność i zawziętość”.

W dzisiejszych czasach odchodzi się od karania, a tym samym od wychowywania. Już nawet za "upór, krnąbrność i zawziętość" nie wolno karać. Można co najwyżej... wymownie spojrzeć.

środa, 14 października 2009

3000 kłamstw rodziców

Rodzice w okresie dorastania swoich dzieci okłamują je średnio 3 000 razy. I bynajmniej nie chodzi tu o rodziny patologiczne, ale tzw. normalne. Takie rewelacje przynosi Amerykański magazyn “Journal of Moral Education” (za: www.pro-medienmagazin.de), w którym opublikowano ciekawy raport z badań na ten temat.

Kłamstwa matek i ojców nie są podyktowane złymi intencjami, wręcz przeciwnie, mają na celu wywołanie pozytywnych zachowań u dzieci i sprawienie, by posłusznie wykonywały zalecenia rodzicielskie. Są to zatem tzw. “niewinne kłamstewka”. W etyce klasycznej nazywano je użytecznymi.

O jakie sytuacje chodzi? Na przykład, gdy rodzic mówi do dziecka: “jedz szpinak, bo jest dobry i zdrowy” - choć sam ma odmienne zdanie na temat tego zielska. Innym razem upomina, aby synek czy córka nie siedzieli zbyt długo i blisko przed telewizorem, a sam właśnie trzyma oczy w telewizorze przez cały wieczór. Dzięki takim zachowaniom rodzice tracą wiarygodność w oczach swoich dzieci, które uczą się posługiwania kłamstwem w celu osiągnięcia określonych korzyści. Wedle autorów raportu bardzo groźne może być w skutkach przemilczanie prawdy, że dziecko zostało adoptowane. Odkrycie tego w późniejszym wieku często powoduje trwały uraz do opiekunów.

Ciekawe, że autorzy raportu pryncypialnie zwracają uwagę na “kłamstwa” związane z tradycjami świątecznymi. Chodzi tu na przykład o opowieści o Św. Mikołaju zostawiającym prezenty pod poduszką. Uznanie tych opowieści za jeszcze jedno rodzicielskie kłamstwo wydaje się być jednak lekką przesadą. Przecież z reguły nie kwestionuje się edukacyjnej roli bajek, które w całości są zmyśleniami, gdyż na pewnym etapie życia dziecka pomagają stymulować rozwój wyobraźni i zmysł moralny. Tutaj również mamy do czynienia w pewnym sensie z konwencją bajkową, z której z czasem się wyrasta. Niemniej trzeba przyznać, że problem rzeczywiście jest interesujący i wart przemyślenia na nowo.

poniedziałek, 5 października 2009

Sokrates, asceza i współczesne niewolnictwo

Sokrates uważał, że wychowanie spełnia jedno z dwóch zadań: albo przygotowuje do roli władcy, albo do roli poddanego. Wdrażanie do zadań suwerena dokonuje się za pośrednictwem „sztuki królewskiej” - ascezy. Królem zostaje ten, kto potrafi panować nad głodem, przyzwyczajony jest do krótkiego snu, zimna, gorąca itp. W ujęciu starożytnych taki człowiek powinien nabyć również wiedzę ogólną, dającą mu podstawy rozumienia rzeczywistości. Ci, co nie posiedli tych umiejętności, niezależnie od zajmowanej pozycji społecznej, przynależą do klasy rządzonych. Stąd wolni kształcili się w ramach eleutheriari technai (późniejszych sztuk wyzwolonych) i obca im była kultura niewolnicza (por. Werner Jeager, Paidea).

Jakkolwiekby świat się zmieniał, od czasów starożytnych sens spostrzeżenia mędrca z Aten nie stracił nic na swej aktualności. Prawdziwymi królami są ci, którzy panują nad sobą oraz potrafią czytać i rozumieć otaczający świat. Niestety, nowożytna filozofia, a za nią pedagogika i polityka oświatowa, stworzyły projekty edukacyjne, które wbrew deklaracjom, zmierzają do wychowania coraz to nowych pokoleń poddanych. Na przykład, kraje kolonialne akcentowały w edukacji ludów podbitych szkolnictwo zawodowe, aby wykorzystać tubylców do budowania własnej potęgi. Podobnie postępowali komuniści oraz faszyści. Obie ideologie kładły nacisk na kształcenie użyteczne. Pod tym względem sporo analogii można spotkać także w filozofii oświatowej Unii Europejskiej, gdzie priorytet daje się „umiejętnościom praktycznym”.

Ideały kształcenia niewolniczego przytłumione przez napór cywilizacji katolickiej odrodziły się wraz z epoką Oświecenia, która powiewając sztandarami wolności, w praktyce wepchnęła edukację ponownie w kanał niewolniczy, a to głównie za sprawą naturalizmu pedagogicznego i fetyszu praktycyzmu. Natywizm z całym bagażem konsekwencji jakie ze sobą niósł podważył zasadność „królewskiej ascezy”, sprzyjając powstaniu rozkapryszonego, zestresowanego i słabego charakterologicznie osobnika, łatwo poddającego się woli innych. Akcentowanie z kolei tzw. przydatności wiedzy i utylitaryzmu w nauczaniu doprowadziło do zaniku klasycznych elit intelektualnych oraz wytworzeniu się nowej umysłowości, typowo technokratycznej, pozbawionej szerszego i głębszego rozumienia zachodzących wokół procesów społecznych, co oczywiście jest wodą na młyn współczesnego niewolnictwa. Tym bardziej niebezpieczną, że nie zawsze do końca uświadomioną. Dominuje bowiem pozorne wykształcenie, które znieczula na wszechobecną manipulację.

piątek, 2 października 2009

Edukacja domowa szansą dla rodziców

Znowelizowana ustawa o systemie oświaty oprócz szeroko dyskutowanej reformy obniżenia wieku rozpoczynania obowiązku szkolnego wprowadza między innymi zmiany w dostępie do edukacji domowej. Zwolennicy tej formy kształcenia wiele sobie obiecują po zmianach. Czy słusznie?

Nauczanie dzieci w rodzinnym domu jest konsekwencją ideologizacji i zasadniczo kryzysu szkoły współczesnej. Wielu świadomych rodziców, chcąc zapobiec deprawacji moralnej swych pociech w niewydolnych wychowawczo placówkach oświatowych, decyduje się na indywidualną pracę z synem czy córką.

Zalety edukacji domowej

Kształcenie prowadzone przez rodziców zyskało sporą popularność w takich krajach jak USA, Kanada czy Japonia. Wedle szacunków, w Stanach Zjednoczonych w roku szkolnym 2005-2006 od 1,9 mln do 2,4 mln dzieci pobierało naukę w domu. Co ciekawe, wbrew obiegowym opiniom dzieci uczone w domu osiągają od 15 do 30 proc. lepsze wyniki od dzieci nauczanych w szkole. Na gruncie amerykańskim nie potwierdzają się również opinie o ich gorszej socjalizacji. Wedle badań, nie ma różnic w rozwoju osobowym i społecznym uczniów domowych i szkolnych. (Na podstawie: Brian D. Ray, Historia, rozwój i filozofia edukacji domowej, za: Między wolnością a obowiązkiem - Edukacja domowa. Konferencja Instytutu Sobieskiego, 28 kwietnia 2008 r., materiały internetowe).

Cytowane wyniki badań obalają pewien mit rozpowszechniony w wielu środowiskach pedagogicznych. Otóż wychodzi się z założenia, iż podstawę sukcesu edukacyjnego tworzy zawsze najnowsza (”rewelacyjna”) metoda plus specjalista z danego przedmiotu. Te dwa czynniki mają niejako automatycznie zagwarantować osiąganie lepszych efektów. Powyższe badania pokazują jednak, że w tym przypadku o sukcesie decyduje przede wszystkim zaangażowanie i pomysłowość rodziców. Paradoksalnie - wykwalifikowany pedagog-metodolog przegrywa rywalizację z niewykształconą metodologicznie matką czy ojcem.

Oczywiście gwoli sprawiedliwości należy dodać, iż omawiana forma edukacji stwarza na samym starcie lepsze możliwości nauczania i wychowania niż szkoła. Wśród nich niewątpliwą zaletą jest indywidualizacja podejścia do syna czy córki. W szkole nauczyciel zawsze musi dostosowywać metodę do całej grupy, poszukując niejako złotego środka i zmagając się z różnymi typami ludzkich osobowości. Tutaj zaś można dostosować metodę, czas i tempo nauczania do indywidualnych predyspozycji i możliwości dziecka.

Homeschooling daje też większą nadzieję na prawidłowe ukształtowanie charakteru najmłodszych. W środowisku szkolnym łatwo o jego wypaczenie, zwłaszcza że młody człowiek w okresie dorastania jest bardzo podatny na negatywne wpływy. Rodzice nie są tam w stanie kontrolować oddziaływań rówieśniczych. Konsekwencje tego obserwujemy na co dzień w wielu polskich rodzinach. W kształceniu domowym kontakty rówieśnicze w większym stopniu kreują rodzice, a nie przypadek.

Dwa źródła

Zainteresowanie edukacją domową może mieć dwa źródła. Z jednej strony praktykują ją rodzice, dla których publiczne szkolnictwo jest zdominowane politycznie poprawną ideologią. Nie godzą się oni na przykład na tzw. edukację seksualną, ewentualnie obawiają się opisanej przed chwilą demoralizacji swych pociech poprzez kontakty ze zdeprawowanymi rówieśnikami. Z drugiej - część opiekunów, których poglądy zbliżone są do lewicowych, uważa szkołę za instytucję stresującą i patriarchalną. Słowem - jest ona dla nich za mało postępowa. Jak łatwo zauważyć, kierują się zgoła odmienną motywacją od chrześcijańskiej. Tego typu zachowanie ma często korzenie w poglądach edukacyjnych postmodernistów (np. antypedagogów). Przeciwnikami szkoły byli (i są) bowiem tacy antypedagodzy i myśliciele jak na przykład John Holt, Ivan Illich czy Hubertus von Schoenebeck.

Niemniej wśród tych dwóch różnie motywowanych grup rodziców, jak się wydaje, przeważają osoby o nastawieniu religijnym. Potwierdzają to zresztą badania amerykańskie. Przy tej okazji warto odnotować jednak pewne niepokojące zjawisko. Zdarza się, że niekiedy rodzice o poglądach tradycyjnych gubią się ideowo, poszukując ciekawych form pracy z dziećmi. Można zatem na stronach internetowych prowadzonych przez edukatorów domowych spotkać czasami zaskakującą pochwałę metod steinerowskich lub innych wyrastających na przykład z ducha naturalizmu Jana Jakuba Rousseau. Wynika to z faktu, iż nie zawsze opiekunowie zdają sobie sprawę z ideologicznych źródeł i konsekwencji stosowania określonych metod czy form nauczania.

Generalnie jednak edukacja domowa daje szansę rodzicom na formowanie dzieci w duchu zgodnym z ich przekonaniami. Szczególnie jest to istotne w czasach postępującej sekularyzacji, gdy cele polityce oświatowej wytyczają “stratedzy unijni”, dla których ekonomiczno-ideologiczne funkcje szkoły są priorytetem, a edukacja podporządkowana zostaje państwowym interesom. Znamiennym przykładem w ostatnich tygodniach jest przypadek hiszpański, gdzie Sąd Najwyższy podtrzymał narzucony przez socjalistyczny rząd obowiązek uczestnictwa wszystkich dzieci w tzw. wychowaniu obywatelskim, które ma propagować między innymi otwarcie na odmienności seksualne. W takich okolicznościach kształcenie domowe wraz ze szkolnictwem katolickim może stać się ostatnią deską ratunku dla rodziców, którym laickie państwo chce wychować dzieci po swojemu.

Aspekt praktyczny

Istnieje jeszcze jeden problem warty wyakcentowania przed omówieniem aktualnego stanu prawnego. Patrząc na edukację domową z perspektywy czysto praktycznej, trzeba przyznać, że w obecnej sytuacji ekonomicznej niewiele polskich rodzin może sobie pozwolić na korzystanie z tej formy kształcenia dzieci. Główną barierą jest tu konieczność wykonywania pracy zawodowej i w konsekwencji brak czasu na zajmowanie się dzieckiem w ciągu dnia. Z tego względu homeschooling będzie, niestety, jeszcze pewnie długo jedynie uzupełnieniem systemu oświatowego i domeną osób najbardziej zdeterminowanych i wytrwałych.

Biorąc pod uwagę te naturalne utrudnienia, należałoby wymagać od ustawodawcy, by nie rzucał rodzicom dodatkowych kłód pod nogi. Deklaratywny liberalizm rynkowy PO dawał pewne nadzieje na “uwolnienie” tej formy nauczania. Jednak proponowane zmiany w nowelizowanej ustawie oświatowej nie są wcale przełomowe.

Nowe uprawnienia dla dyrektorów szkół niepublicznych

W znowelizowanej ustawie o systemie oświaty prawo do wydawania decyzji umożliwiającej spełnianie obowiązku szkolnego lub nauki poza budynkiem szkoły otrzymują dyrektorzy szkół niepublicznych (do tej pory przywilej ten mieli jedynie dyrektorzy szkół publicznych). Ustawa określa warunki otrzymania stosownego zezwolenia. Przede wszystkim rodzice muszą złożyć do dyrektora szkoły wniosek w terminie do 31 maja, który ma być podparty: opinią z poradni psychologiczno-pedagogicznej, oświadczeniem rodziców o zapewnieniu warunków umożliwiających realizację podstawy programowej oraz ich zobowiązaniem do przystąpienia dziecka do egzaminów klasyfikacyjnych z obowiązkowych zajęć w szkole.

Rozszerzenie uprawnień dyrektorów szkół niepublicznych ma być ułatwieniem w uzyskiwaniu pozwoleń. W tym sensie decyzja ministerstwa postrzegana bywa jako krok naprzód. Tak optymistyczna interpretacja wynika z faktu, iż dyrektorzy szkół publicznych do tej pory raczej niechętnie patrzyli na takie ekstrawagancje jak nauka w domu. Niepubliczni (sami pracujący niejednokrotnie “na swoim”) mają być bardziej wyrozumiali i otwarci. Trzeba jednak jasno powiedzieć, że ministerstwu chodziło przede wszystkim o zrównanie w prawach dyrektorów szkół “prywatnych” (”upodmiotowienie” - co wyraźnie napisano w uzasadnieniu projektu ustawy) z “państwowymi”. Rzekome “ułatwienie” w uzyskiwaniu pozwoleń jest jedynie wynikiem zakładanego optymizmu co do większej przychylności dyrektorów szkół niepublicznych.

Dotacja nie dla rodziców

Tak jak dotychczas dziecko będzie zdawało egzaminy klasyfikacyjne i otrzymywało świadectwo ukończenia placówki, od której otrzymało zezwolenie na edukację w domu. Uczeń zostanie niejako przypisany do szkoły i “delegowany” do nauczania domowego. Podobne rozwiązanie stosowane jest obecnie w przypadku dzieci z orzeczeniami o potrzebie indywidualnego nauczania. Jednakże tam są one nauczane przez nauczycieli wyznaczonych do tego zadania. Przy homescholingu zaś placówka nie ponosi kosztów oprócz opłat egzaminatorów.

Aż ciśnie się na usta pytanie: kto otrzyma dofinansowanie na ucznia. Logicznie powinni to być rodzice - wszak oni ponoszą większość kosztów nauki i powinni otrzymać niejako zwrot tej części swoich podatków, które przeznaczone winny być na naukę dzieci w szkole. Niestety, nowe zapisy nic nie mówią o możliwości przekazywania dotacji rodzicom. Jeśli dziecko będzie formalnie wpisane do księgi uczniów, dofinansowanie popłynie na konto szkoły. W pewnym sensie może to być nawet zachętą dla dyrektorów, by częściej wydawali zezwolenia. Dodatkowe środki zawsze się przydadzą. Pytanie tylko, czy na takie rozwiązanie (gdyby zjawisko rozszerzyło się na większą skalę) zgodzą się samorządy? Przekazywanie środków finansowych placówkom, które w praktyce nie zajmują się edukacją danego dziecka, kłóci się bowiem ze zdrowym rozsądkiem.

Idźmy dalej. Jeżeli środki finansowe popłyną na konto szkoły, to co z czesnym (w przypadku szkół niepublicznych)? Można domniemywać, że ich właściciele będą stosowali zwolnienia (pytanie tylko czy zawsze?), pobierając zapewne jedynie opłaty egzaminacyjne.

Jak nie zdasz, marsz do szkoły!

Innym minusem nowych uregulowań jest realna groźba pozbawienia możliwości nauki w domu w wyniku potknięcia się na egzaminie klasyfikacyjnym. W nowelizowanej ustawie jest zapis, który mówi o cofnięciu zezwolenia w takim przypadku. Pamiętajmy, iż dziecko musi regularnie zaliczać poszczególne przedmioty, by otrzymać promocję do następnej klasy. Nietrudno sobie wyobrazić, jaki stres towarzyszy egzaminom. Stresu co prawda nie da się w życiu uniknąć, ale nie ma sensu go nadmiernie generować. Ciekawe, że w czasach, gdy bezstresowe wychowywanie wciąż ma wielu zwolenników, akurat w tym przypadku argumentologia bezstresowości zostaje zawieszona.

Można się domyślać, jaka jest w tym przypadku motywacja ustawodawcy. Państwo troszczy się o spełnianie obowiązku szkolnego i obowiązku nauki, a tu powstaje domniemanie, iż obowiązek ten nie jest realizowany. Niemniej domniemanie to pojawia się bardzo wcześnie. Ministerstwo jest - można by rzec - przewrażliwione. Dlaczego dziecko nauczane w domu nie może tak jak szkolne zostać jeszcze rok w tej samej, “wirtualnej klasie”? Czyżby mierny, ale wierny w szkole budził większe zaufanie ministerstwa niż “niewierny” domowy?

Co będą opiniować poradnie?

Kolejny “krok naprzód” to konieczność uzyskania przez rodziców opinii z poradni psychologiczno-pedagogicznej. Nie bardzo wiadomo, czego taka opinia ma dotyczyć. Nie ma tu bowiem prostej analogii ze wspomnianym wyżej orzeczeniem o potrzebie indywidualnego nauczania, które zazwyczaj jest konsekwencją przechodzonej przez ucznia choroby. Co będą opiniowały poradnie? Może taką umiejętność, jak zdolność do nauki w domu. Tylko jak to zbadać? A może będzie to opinia na temat rodziców: czy potrafią uczyć? Czy mają odpowiednie wykształcenie, mieszkanie? Czy są godni zaufania, by powierzyć im troskę o własne dzieci?

Szykowana nowelizacja, jak widać, nie jest żadnym krokiem naprzód. Chyba że za ten krok uzna się sztuczny ruch wokół problemu. W rzeczywistości nie ma widoków na rzeczywiste uwolnienie edukacji domowej w najbliższym czasie. A wystarczyło wprowadzić tylko dwa zapisy. Na podstawie pierwszego rodzice informowaliby samorząd, a za jego pośrednictwem kuratora, o podjęciu nauczania domowego, w drugim - otrzymaliby możliwość wypełnienia wniosku o przekazanie im należnej dotacji (analogicznie jak w przypadku szkół niepublicznych), ewentualnie przysługiwałaby im odpowiednia ulga podatkowa. Po zastosowaniu takich rozwiązań można byłoby mówić o rzeczywistym kroku naprzód.

Artykuł ukazał się pierwotnie w "Naszym Dzienniku".

wtorek, 29 września 2009

Klasyczny ideał wychowania cz.II

Opracowałem na podstawie mojej książki "Wychować człowieka szlachetnego", Lublin 2003,2006

Cnoty obyczajowe

Wszechstronnie wykształcony umysł powinien być wspierany mocnym charakterem, który pomoże wytrwać przy poznanej prawdzie i dobru. Trzeba zmierzać zatem do opanowania woli, uczuć i popędów, poprzez kształcenie cnót obyczajowych: sprawiedliwości, wstrzemięźliwości, męstwa.

"Woźnicą cnót" jest jednak roztropność umieszczana zazwyczaj gdzieś na granicy pomiędzy umysłem praktycznym a cnotami obyczajowymi. W swej istocie jest ona "umiejętnością działania" i "pokierowania własnym życiem". W literaturze wyróżnia się trzy zasadnicze cnoty jej pokrewne. Rozwagę, która usprawnia do dobrego namysłu oraz rozsądek i przytomność umysłu (gnome), dokonujące osądu nad daną rzeczą. [1]

Warto podkreślić, że często wiedza na dany temat nie wystarcza do dokonania właściwego wyboru życiowego, potrzebna jest właśnie owa umiejętność namysłu i rozsądzania. Pracę nad wychowaniem roztropności powinny wspierać również cnoty wspomagające, takie jak: pamięć, gotowość na pouczenie, domyślność, zmysł rzeczywistości itd..

Roztropność wskazuje cel cnotom obyczajowym. W przypadku sprawiedliwości ukierunkowuje wolę na dobro i obowiązki konieczne do spełnienia. Obejmuje ona m.in. obowiązki jakie powinien spełniać każdy człowiek względem Boga, Ojczyzny, rodziny i pozostałych bliźnich. W perspektywie wieczności powinniśmy pamiętać o pogłębianiu miłości do Stwórcy, unikać bałwochwalstwa czy spełniać przykazania i wieść pobożne życie. Powinności dotyczące Ojczyzny odnoszą się między innymi do takich kwestii jak: posłuszeństwa prawu społecznemu, szanowania kultury społecznej, spełniania obowiązków zawodowych, przestrzegania praw kraju, poznania kultury narodowej czy kształcenie gotowości obrony Ojczyzny [2].

Naród jest "rodziną rodzin", zatem prawidłowe wychowanie patriotyczne niemożliwe jest z pominięciem wdrażania młodzieży do posłuszeństwa, wdzięczności i szacunku w stosunku do rodziców, dziadków i dalszej rodziny. W końcu sprawiedliwość wymaga prawego zachowanie względem bliźnich, np. przez poszanowanie ich zdrowia czy mienia, oraz nie szkodzenie im przez obmowy i kłamstwa [3].

Kształcenie prawej woli, powinno być uzupełniane dążeniem do panowania nad popędami do przyjemności (umiarkowanie) oraz strachu (męstwo). Pomijanie wstrzemięźliwości przez postępowych pedagogów jest przejawem pewnej niekonsekwencji. Jak człowiek, którego myśli zaprzątane są troską o własne "ja", będzie tolerował potrzeby drugiego człowieka, w sytuacji konfliktu interesów? Braki w formowaniu cnoty wstrzemięźliwości automatycznie wykluczają "dialog i tolerancję"!

Wreszcie ważną rolę w ukształtowaniu mocnego szkieletu moralnego odgrywa cnota męstwa. Trudno wyobrazić sobie pełnię człowieczeństwa bez takich zalet charakteru jak: cierpliwość, długomyślność, odwaga cywilna czy wielkoduszność. Niewątpliwie wzrost liczby samobójstw oraz ogólne osłabienie kondycji psychicznej ludzkości w ostatnim stuleciu koreluje z zaniedbaniami w wychowaniu męstwa.

Sprawności fizyczne

Koncentrując się na dyspozycjach umysłowych i obyczajowych, nie można zaniedbywać pracy nad usprawnianiem ciała. Starożytność dawała wychowaniu fizycznemu priorytetowe znaczenie. Pierwsze systemy wychowawcze opierały się na ćwiczeniach cielesnych sposobiących do służby wojskowej. Czasy nowożytne wypaczyły znaczenie sportu przez włączenie go w machinę show-biznesu.

Zadaniem wychowania fizycznego jest hartowanie ciała, by wspomagało rozwój duchowy młodzieży. O. Feliks W. Bednarski definiuje kulturę fizyczną jako organiczny zespół przymiotów i sprawności, wytworzonych pracą człowieka, a doskonalących ciało ludzkie przez jego opanowanie celem usprawnienia go w służbie dla kultury duchowej [4].

Sport powinien odrywać od telewizorów, pomagać walczyć z gnuśnością, lenistwem i ospałością. Wychowanie fizyczne ma także ważną rolę do spełnienia w kontekście zagrożeń dla zdrowia wynikającej ze swoistej mody na obżarstwo (kultura coca - coli i MacDonalda). Wielu pedagogów nie zdaje sobie sprawy z tych zagrożeñ i kulturę fizyczną albo bagatelizuje, albo traktuje w kategoriach li tylko osiągnięć sportowych.

Cnoty teologiczne

Szkoła nie powinna pomimo liberalnych haseł zaniedbywać religijnego wychowania młodzieży. Propagandowe slogany o neutralnoœci światopoglądowej sprawiają, że wielu nauczycieli zachowuje się na lekcjach, jak ateiści, nauczając w oderwaniu od zasad swojej wiary. Z kolei uczniowie często mają pogardliwy i zmanieryzowany soc-liberalnymi sloganami stosunek do Kościoła. Kształtowanie wiary, nadziei i miłości, jest zatem szczególnie utrudnione. Najczęściej praca nad cnotami teologicznymi ma miejsce na lekcjach religii. Uświadamianie młodzieży czym jest wiara, nadzieja i miłość musi odbywać się jednak w korelacji z innymi przedmiotami. Krytyka Kościoła na lekcjach historii (przy okazji omawiania inkwizycji czy wypraw krzyżowych) czy na języku polskim (lektury o antykatolickiej wymowie) skutecznie rozbija pracę nad wychowaniem religijnym.

Mądrość, wiedza, roztropność życiowa, silny i moralny charakter, patriotyzm, sprawność fizyczna, a nade wszystko żarliwa wiara w Boga i widzenie życia w kontekście wieczności, oto podstawowe cele wychowawcze, gwarantujące dojście do pełni człowieczeństwa. Na pewno nie przystają one do modelu anarcho-spryciarza lansowanego przez soc-liberalizm.

Wnioski końcowe

Liberalni ideolodzy boją się powrotu do klasycznego wychowania, gdyż ono w dużym stopniu ograniczyłoby im zdolność manipulowania społeczeństwami. Podobnie biznes dostrzega tu zagrożenie dla swoich interesów. Na przykład większa odporność na obżarstwo i pijaństwo zminimalizuje skuteczność reklamy, a tym samym dochodowość wielu firm.

Powrót do klasyki w edukacji może być zatem wyjątkowo trudny. Ale, aby był w ogóle możliwy reformy szkolne muszą posuwać się w nastêpujących kierunkach: a/ w nauczania należy powracać od praktycyzmu do wszechstronnego rozwoju osoby; b/ w metodach nauczania i wychowania odrzucać naturalistyczny aktywizm i indywidualizmu; c/ wskrzeszać i propagować antyczno-łacińską teorię sprawności i cnót.

Przypisy.

1 św. Tomasz z Akwinu, Suma teologiczna, O sprawnościach, T. 11, s. 105.
2. Phm O. Feliks W. Bednarski O.P., Katechizm harcerski, Rzym 1963, s. 30.
3. Tamże, s.22-30.
4. O. Feliks ks. Wojciech Bednarski O. P., Sport i wychowanie fizyczne w świetle etyki św. Tomasza z Akwinu, Londyn 1962, s. 28.